środa, 27 stycznia 2016

Pierwszy poród, który odebrałam

Jaki był? Ciepły.
Pierwszy poród odebrałam będąc na zajęciach w szkole. Moją nauczycielką była doświadczona położna, która wiedziała o sali porodowej wszystko. To pani Stasia, najszybsza osoba, z którą miałam okazję pracować, konkretna i niezawodna. Podniecenie, które towarzyszyło tej podniosłej chwili odbierało mi wiedzę, którą napakowana byłam po brzegi. Byliśmy w sali porodów rodzinnych: pacjentka usadowiona na łóżku porodowym, jej mąż, pani Stasia i ja - chuda, (ważąca 50 kg przy wzroście 179 cm) zarumieniona, pełna emocji dziewczyna. W myślach powtarzałam sobie całą drogę którą pokonuje główka aby znaleźć się na zewnątrz. Wstawianie, przygięcie, obrót, odgięcie i jeszcze szew strzałkowy i barki i ochrona krocza i zestaw do porodu i ...i.. Moja instruktorka stanęła obok mnie. Ponieważ niebezpiecznie bielało krocze naszej rodzącej, co mogło świadczyć o rychłym jego pęknięciu zapadła decyzja o episiotomii (nacięciu). Nie pamiętam już ruchów, które wykonywałam w tamtym momencie, ale udało mi się ładnie naciąć krocze i je ochronić. Chwilę później urodził się chłopczyk. Był cieplutki, mokry i o dziwo różowy (kolorowi skóry noworodka poświęcę osobny post). Ważył 4500 kg! Był pierwszym dzieckiem swoich rodziców. Pamiętam, pani Stasia asekurowała moje ręce gdy przenosiłam dzieciaczka na brzuch mamy. Wszystko przebiegło prawidłowo. Od momentu urodzenia chłopca nic nie pamiętam. Ale wrażenie podczas porodu było niesamowite. Szczęście, które wypełnia człowieka jest bardzo namacalne. Nie ma piękniejszego widoku niż nowo narodzony mały człowieczek, kochany, bezbronny i słodki. Bo wszystkie dzieci są świetne i co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz